Artykuł

Marcin Wójcik w książce opisuje sytuacje wstrząsające i szokujące. Żenujące. Kompromitujące i oburzające. Po ich przeczytaniu odkłada się lekturę na kilka dni, żeby ułożyć sobie wszystko w głowie. Trochę żeby zapomnieć, oderwać się, a trochę żeby przetrawić i ze zdwojoną siłą zmierzyć się z kolejnymi rozdziałami. Nie dajcie się zwieść okładkowemu opisowi, książka tylko w pewnym stopniu jest o osobach, które tworzą najbardziej kontrowersyjne radio w Polsce i dziesiątkach tysięcy jego słuchaczy. To przede wszystkim opowieść o mieszkańcach kraju jedynego w swoim rodzaju, który pozwolił takiej instytucji powstać i rozwijać się.

Autor przez wiele lat przebywał z osobami, dla których punktem wspólnym było Radio Maryja. Przez długie miesiące rozmawiał, próbował zrozumieć zasady funkcjonowania samej rozgłośni, jak również relacje między nią a słuchaczami. Przemierzał Polskę w poszukiwaniu bohaterów, wystawał na manifestacjach, studiował na słynnej toruńskiej uczelni prowadzonej przez najbardziej wpływowego duchownego w Polsce. Można powiedzieć, że dotarł do jądra ciemności – trafił do toruńskiej siedziby, a nawet znalazł się na antenie, co dla wielu jest największą nobilitacją i życiowym marzeniem. Bohaterowie kolejnych rozdziałów stanowią przekrój społeczeństwa. Pan Wójcik nie skupia się na jednej grupie społecznej prostych ludzi z pokolenia 60+. Wraz z reporterem wchodzimy do domu znanego aktora, mieszkamy w akademiku z „kibolem”, studiujemy z nieźle prosperującym przedsiębiorcą, czytamy listy od studentów, siedzimy w kawiarni ze znaną panią polityk. Po dwóch latach drążenia i zbierania materiałów powstało „W rodzinie ojca mego”.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jedynym celem książki jest wywołanie kontrowersji. Włosy na głowie jeżą się od opowieści o zbuntowanych zakonnikach, „błądzących” księżach, fanatycznych starszych ludziach, którzy starają się wypełnić samotność spokojnym głosem z radioodbiornika, budowanych armiach chcących wprowadzić prawo religijne, zindoktrynowanych młodych osobach, dla których RM jest jedynym fundamentem pod budowę przyszłości i wreszcie o manipulacjach, których dopuszczają się kierujący instytucją. Ale to wcale nie same historie szokują najbardziej. Boli to, co reportaże mówią o nas samych. Dotykają sytuacje, które pokazują, jak wiele jeszcze trzeba zmienić w naszym kraju, by nie dopuścić do powstania takich organizacji. Okazuje się, że środowisko obserwowane przez Wójcika wcale nie jest nieszkodliwym hobby dla starszych ludzi, ale jest silnie opiniotwórcze w kwestiach politycznych, radykalizuje społeczeństwo i wzmacnia przywary mocno zakorzenione w kraju nad Wisła, których tak usiłujemy się pozbyć. Próbujemy odciąć się od ksenofobicznych zachowań, od teorii spiskowych pełnych nienawiści, od zaściankowego sposobu myślenia, które wyśmiewa się w filmach czy serialach, ale jakimś magicznym sposobem wszystko to wciąż jest obecne nie na mitycznej „polskiej wsi”, ale przy niedzielnych, rodzinnych stołach wielu z nas.

Równie przykra jest samotność, niemal wyzierająca z kart książki, która jest codziennością dla część społeczeństwa. Która musi być na tyle dokuczliwa, że nawet zastąpienie jej radiowym głosem wydaje się być świetnym rozwiązaniem. Niestety, sytuacja ta indukuje jeszcze dotkliwsze poczucie osamotnienia, dużo bardziej niebezpieczne, bo na pierwszy rzut oka niewidoczne. W końcu jest wspólnota. Ale poza nią jest obcy świat, z którym nie można nawiązać kontaktu. Powstaje błędne koło pełne ludzi, którym przede wszystkim powinno się pomóc. Wydostać z tego ślepego zaułka i pokazać, że świat może być piękny bez bicza nad plecami, który sami nad sobą trzymamy.

Niektórzy mogą zarzucić książce, że nie jest obiektywna. Że przedstawia jedynie jedną stronę medalu, a autor nawet nie próbuje zrozumieć osób znajdujących się po drugiej stronie barykady. I rzeczywiście, z tymi argumentami w pewnym stopniu sama się zgadzam. Z książki wyłania się obraz bardzo makabryczny, który można posądzić o to, że jest sporym wyolbrzymieniem. Niektóre historie wydają się jedynie z grubsza związane z tematem, jak choćby ta o mordercy, który w swoim religijnym fanatyzmie zamordował własną żonę, osierocając kilkoro dzieci. Trudno uwierzyć, że w tym przypadku jedynym winnym jest Radio Maryja. Jednak słuchając przez dwa lata przytaczanych w reportażach wypowiedzi zapewne mało kto byłby w stanie napisać idealnie bezstronną lekturę. Takie doświadczenia potrafią spolaryzować nawet najbardziej zrównoważony światopogląd.

Żeby zakończyć rozważania nad tym, czy świat Marcina Wójcika jest prawdziwy czy też jest fikcyjnym piekłem na ziemi, przytoczę pewną historię, która miała miejsce tuż po moim wyjściu ze spotkania z autorem. Nowym Światem, jedną z najbardziej reprezentacyjnych ulic Warszawy, szły cztery dziewczynki w wieku ok. 10 lat. Wszystkie w hidżabach, z różowymi plecakami, podążały w kierunku metra. Zobaczyłam tuż za nimi dwóch potężnie zbudowanych młodych mężczyzn (zakładam, że mogli być w moim wieku). Panowie zdecydowali się uprzyjemnić dziewczynkom wieczorny spacer. Szkoda, pewnie miałyby dużo przyjemniejszy wieczór bez obraźliwych uwag rzucanych w ich kierunku.

Red. Dominika Klimek.

 

Tagi: