Artykuł

tal national1

Wtorkowego wieczoru niewielki lokal przy placu Grzybowskim 12/16 na kilka godzin zniknął z mapy Polski. Za sprawą muzyki przeniósł się do serca czarnego lądu, a konkretniej do Nigeru, skąd pochodzi grupa Tal National. Podczas koncertu mogliśmy choć trochę poczuć smak tego wielokulturowego kraju.

Międzynarodowe uznanie Tal National zdobyli po ukazaniu się płyty Kaani w 2013 roku, jednak koncertować zaczęli już ponad dekadę wcześniej. Nieraz grali na drogach obrzeży Sahary, sprzedając płyty na ulicach czy straganach. Odwiedzili każdy zakątek kraju występując dla rodaków i samych siebie, czerpiąc z różnorodności ojczyzny. Już sam skład grupy może nam coś powiedzieć o wielonarodowości Nigeru – każdy z muzyków wywodzi się z innego plemienia (Songhai, Fulani, Hausa, i Tuareg ). Jak sami podkreślają, muzyka jest najpiękniejszym ze sposobów zwalczania konfliktów i budowania jedności. Poczułam to także w Pardon, To Tu.
Pierwszym, co można było zauważyć po wejściu pięciu muzyków na scenę były ich kolorowe, afrykańskie stroje. Bas, perkusja, wokal, afrykańskie bębny i gitara – to wszystko co wystarczyło żeby zabrać nas w daleką podróż. Mimo środka tygodnia w klubie było sporo osób. Widzowie czekali z zaciekawieniem, aż popłyną pierwsze dźwięki. Już po rozpoczynającym kawałku było wiadomo, że nie jest to zespół odgrywający trzyminutowe piosenki, które mają w kontrakcie. Utwór trwał kilka minut, był transowy i klimatyczny. Niecodzienne, zmieniające się rytmy przez cały koncert utrzymywały uwagę słuchaczy.

Druga piosenka była zdecydowanie żywsza, a zabawa rytmami nieustannie zaskakująca. Kilka razy, kiedy wydawało się, że utwór się skończy, muzycy zaczynali z jeszcze większą energią. Publiczność powoli zaczynała czuć płynący ze sceny afrykański klimat i żywo reagowała na kolejne przedłużenie kawałka. Po dwóch piosenkach (chociaż minęło już dobre kilkanaście minut), przyszedł czas na krótką historię o Nigerze od gitarzysty, Almeida Issoufou, którego szerokiego usmiechu nie sposób było nie odwzajemnić. Zwłaszcza w momencie w którym przyszło do porównania pogody – „Wczoraj tam gdzie byliśmy było 40 stopni… dziś jest 11”.
Atmosfera koncertu nadrobiła jednak szarą pogodę za oknem. Następna piosenka wprawiła mnie w zamyślenie – może z powodu transowych bębnów czy wspierającego je basu, ale chyba przede wszystkim za sprawą gitary, która zdawała się płynąć gdzieś obok, opowiadać własną historię, jednak cały czas pozostając w komunikacji z innymi instrumentami. Warto wspomnieć też o wokalu Souleymane Abdou Djibo, w którym słychać autentyczność, gorącą pustynię, problemy i trudności ojczyzny, ale też miłość do niej i pragnienie żeby konflikty były zażegnane.

Wracam jednak z zamyślenia na ziemię, bo na scenie już zaczyna się następna piosenka. Bardziej dokładnym określeniem byłoby jednak „bo na scenie już istny szał”. To był chyba najbardziej energiczny kawałek, który skłonił do tańca nie tylko publikę, ale także muzyków. W zabawny sposób starali się udowodnić który z nich tańczy najlepiej. Chwila oddechu i jeszcze jedna historia o domu – tym razem o ośmiu ludach Nigeru.

Przerwa nie trwała jednak za długo. Przed jedną z następnych piosenek usłyszeliśmy krótkie wprowadzenie o religiach ojczyzny muzyków które, jak się okazało, były tematem następnego utworu. Klimat można było poczuć jeszcze mocniej, kiedy Keligue Abdoulkarimou Salifou, grający na afrykańskim bębnie, zaczął niczym w transie, wykonywać taniec – rozmowę z duszą. Po tym kawału musiał trochę odsapnąć, więc stery przejęli Yac Ide na basie i Omar Abdoulaye za perkusją. Wykonali długą i ciekawą „bitwę” między basem a bębnami. Rozglądając się po rozbawionej publiczności miałam wrażenie, że ludzie po prostu się cieszą, ruszając w rytm muzyki i nie przejmując tym, jak wyglądają i czy ktoś się im przygląda – trochę jak dzieci, które zanim dowiedziały się które gatunki muzyczne są dobre a które złe, bawiły się czując rytm, nie zastanawiając nad opinią społeczeństwa.

Występ powoli dobiegał końca – zostało już tylko miejsce na wolniejszą balladę i bis. Pierwsze z nich zaczęło się samym, przeszywającym śpiewem. Z czasem stopniowo dołączały kolejne instrumenty a piosenka zaczynała kołysać coraz bardziej. Ostatni kawałek wycisnął, z dającej z siebie wszystko publiczności, resztki sił. Almeida zaprezentował wszystkim pałeczki od perkusji Omara – to dopiero pokazało, jak bardzo muzyk się nie oszczędzał – obie były w drzazgach. Po tej dwugodzinnej podróży przyszedł czas, by wrócić do Warszawy, na chłodny plac Grzybowski. We mnie został jednak kawałek Afryki.

Red. Anna Partyka

Tagi: , , ,