Artykuł

Mika Vainio 3

Poza wybitnymi muzykami ze świata free jazzu i akustycznej improwizacji, Pardon, To Tu od czasu do czasu zaprasza też na koncerty awangardy muzyki elektronicznej, zarówno legend, jak i młodszych muzyków. Przedstawicielem pierwszej grupy był ostatnio Mika Vainio.

Pochodzący z Finlandii Vainio związany jest mocno z muzyką noise i industrial, ale przede wszystkim to członek rewolucyjnej grupy Pan Sonic i kluczowy artysta dla gatunku glitch, czyli zaszumionej i połamanej elektroniki, opartej na celowo wykorzystywanych „usterkach” przekazu, która w artystyczny sposób odzwierciedla nienadążanie ludzi za natłokiem informacji i paranoję epoki cyfrowej. Dziś wydaje się to oczywiste i takie problemy tylko przybierają na sile, ale Vainio i inni pionierzy muzyki glitch zaczynali na początku lat 90., co czyni z nich prawdziwych proroków i rewolucjonistów.

Całe szczęście obecnie Vainio nie odcina tylko kuponów od dawnych osiągnięć, ale tworzy autorską i charakterystyczną muzykę, którą trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Na koncercie dominowały ciężkie i bardzo hałaśliwe dźwięki i zdecydowanie dało się odczuć ich „fizyczność”. Odbierać je można nie tylko uszami, ale dosłownie całym sobą – przy najniższych partiach drżało całe ciało, razem z szybami klubu. Mocarne i brutalne brzmienie to moim zdaniem najlepszy aspekt koncertu, ale wybitne było też granie kontrastami. Pojawiały się ambientowe, delikatne plamy, by już za chwile zostały rozsadzone przez wybuchy ostrych i głośnych szumów i drażniących wręcz pisków. Nawet pulsujący i rozbujany rytm, przy którym jedyny raz publiczność mogła pokiwać głowami, pojawiał się tylko na moment i szatkowany był przez gwałtowne wejścia noise`u.

Niestety całościowo koncert nie był do końca udany. Muzyk zdawał się być mało skupiony, a nawet zirytowany, choć to zapewne dlatego, że podobno przed koncertem zgubił okulary. Czasem rozkładał ręce i szukał czegoś na stole, nie mówiąc już o brak kontaktu z publiką (choć to nie zarzut, bo nie ma ogólnej zasady co do interakcji ze słuchaczami – niektórzy najwybitniejsi podczas koncertu są całkowicie pochłonięci graniem i zupełnie nie reagują na publiczność). Słabe były też przejścia między fragmentami koncertów. Brakowało wtedy płynności i odbywało się to na zasadzie wyciszenia i startu w zupełnie innym klimacie. Zakończenie po zaledwie 45 minutach też pozostawiło wiele wątpliwości. Spojrzał za kotarę na parapet, obszedł scenę za zasłoną przy ścianie, wrócił do stołu, tylko żeby wyłączyć dźwięk i wyszedł z klubu. Brawa były krótkie i oczywiście obyło się bez bisów.

Z pewnością był to koncert ciekawy, zapewne satysfakcjonujący dla fanów gatunku i trzeba przyznać, że niewielu muzyków jest w stanie wydobyć tak potężne i przeszywające brzmienie. Brakowało jednak płynności i większego zaangażowania w tworzoną muzykę i jestem pewien, że muzyk takiego formatu jest w stanie zagrać koncert znacznie lepszy i ciekawszy.

 

Red. Kuba Tyman (Audycja Improwizowana)

Tagi: , , , , ,