Artykuł

clock machine hydro
Piątkowy wieczór w Hydrozagadce  (15.04.2016) – dla koncertomaniaków to często obowiązkowy punkt weekendowego rozkładu jazdy. Tym razem nie było inaczej – niewielka sala była szczelnie wypełniona osobami ciekawymi muzyki Clock Machine. Dla zespołu to także był wieczór wyjątkowy – po długim sporze z wytwórnią płytową, w formie namacalnej ukazał się ich drugi krążek – „Love”.


Najpierw, dla rozgrzania publiczności, na scenie pojawili się chłopaki z krakowskiej grupy Simple Pleasures – Igor Łucykow, Marcin Piech i Kuba Jaworski. Razem grają od ubiegłego roku, a swój styl opisują jako „połączenie rocka i bluesa z punkową energią i dekadentyzmem” . Nigdy nie byłam dobra w tworzeniu opisów gatunków muzycznych. Kogo zobaczyłam na scenie? Trójkę kochających muzykę ludzi, jednak myślę że do dobrego zgrania i wyczucia siebie nawzajem potrzebują jeszcze trochę czasu. Kiedy na scenę wyszli Clock Machine różnica doświadczenia od razu była zauważalna. Simple Pleasures, wszystko przed Wami! ☺
Na koncert szłam z dużymi oczekiwaniami – o Clock Machine słyszałam wiele pozytywów i z przyjemnością słuchałam nagrań studyjnych. Występ na Orange Warsaw Festiwal czy na dużej scenie Woodstocku także nie są bez znaczenia. Nie zawiodłam się. Usłyszałam kawał dobrej muzyki, od zespołu, który w stu procentach wie co robi. Występ rozpoczął klimatyczny, spokojny kawałek „My Brother”. Później tempo nieco przyspieszyło, światła rozbłysły czerwonym blaskiem, a muzyka cały czas skłaniała do zamyślenia, chociaż była bardziej niepokojąca. Z zamyślenia wyrwała mnie funkowa gitara w piosence „Desire”. Chyba nie tylko mnie, bo pod sceną rozpętał się istny szał rozbawionych słuchaczy. Przyszedł czas na chwilę oddechu, w której wokalista Igor Walaszek opowiedział dwa słowa o świeżym krążku i o zmaganiach z wytwórnią. Radość ze zwycięskiego zakończenia sporu malowała się na wszystkich twarzach – uśmiechy zespołu udzieliły się też publiczności.

Teraz już z głośników popłynęło „Red Lipstick”, tym razem do funkowej gitary dołączył też bas. Następną piosenkę panowie zaczęli płynnie, nieco psychodelicznym przejściem. Później przyszedł czas na „Ćmę”. Na początku wydała mi się miłą kołysanką, dopóki dopóty nie obudził mnie krzyk i dużo dynamiczniejsza część utworu. No ale skoro już odpoczęliśmy, przyszedł moment na kolejny funkujący szał. Potem samotnym riffem gitarowym, do którego za moment dołączyły kolejne instrumenty rozpoczął się „Unsent Letter”, po którym przenieśliśmy się do nieba w piosence „Heaven”. Nie wiem czy zasugerowałam się tytułem i tekstem piosenki, czy niebieskim oświetleniem, ale przez chwilę poczułam się o wiele lżej, jakbym oddychała pełną piersią porannym powietrzem (co, jak się pewnie domyślacie, w koncertowym tłumie raczej nie miało miejsca). Po chwili oddechu ze spokojnym Heaven znowu kilka bomb energetycznych, między innymi She’s Got It czy Dziki Plan. Chłopaki z zespołu nie zapomnieli gorąco podziękować wszystkim, którzy wsparli wydanie płyty „Love” poprzez serwis wspieram.to. Zbiórka funduszy przekroczyła potrzebne 20 000. Na bis usłyszeliśmy jeszcze m.in. „In the Flames” z pierwszego krążka grupy.

Bardzo mnie cieszy, że mamy w naszym kraju tak wielu utalentowanych muzyków. Niemal co tydzień wychodząc z domu możemy natrafić na koncert na wysokim poziomie, nie zawsze płacąc za niego krocie. Występ Igora Walaszka, Michała Koncewicza, Kuby Tracza i Piotra Wykurza na pewno do nich należał. Widziałam autentyczność – miłość do muzyki i chęć zagrania na najwyższym poziomie, a także przywiązanie do siebie nawzajem. Przejawiało się na przykład poprzez wdzięczne wypowiedzi ze sceny o wszystkich członkach ekipy, nie tylko o tych w świetle reflektorów. Myślę, że warto to docenić, zwłaszcza w dobie wykreowanych gwiazdek i misternego fabrykowania muzycznych produktów na masową sprzedaż. Tu zobaczyłam wspólną, ciężką pracę, by spełniać marzenia. Dlatego po koncercie ustawiłam się w kolejce, żeby kupić „Love”. Wam też polecam.

Red. Anna Partyka (audycja Antykwariat)

Tagi: , , , ,