Artykuł

Autor: Jakub Piątkowski

2 lutego w Cafe Kulturalna odbył się koncert kończący europejską trasę Infinite Bisous – zespołu dziwnego, nietuzinkowego i, w swój odmienny sposób, spektakularnego. Frontmanem jest Rory McCarthy, który grał między innymi z DeMarco, Connanem Mockasinem czy Metronomy. Na wydarzenie wybrali się radaktorzy Tygodnika Muzycznego Bernard Przybył i Piotr Kierzek, którzy podzielili się swoimi przeżyciami.

Zespół wyglądał dosyć zwyczajnie, wręcz przeciętnie. Nikt nie rzucał się w oczy. Poza Rorym, stanowi on swego rodzaju mieszankę hipstera i człowieka chorego psychicznie. Długie włosy, wyciągnięty czerwony sweter i za krótkie spodnie. Mógłby wylądować zarówno w gazecie modowej jak i w ośrodku dla chorych umysłowo. Jednakże to nie jego wygląd się liczył tego wieczoru a jego zdolności muzyczne. Te zaś były na bardzo wysokim poziomie. Jego muzyka jest nietuzinkowa, i ciężko ją skategoryzować. Połączenie syntezatorów, efektów gitarowych i ciekawego wokalu jest definitywnie psychodeliczne. Zespół, poza Rorym, nie ruszył się podczas całego koncertu. Dało to efekt jakby muzycy nie do końca wiedzieli gdzie są i co robią. Jednakże ich muzyce nic nie brakowało. Gdy podczas koncertu zamknąłem oczy i skupiłem się wyłącznie na muzyce, oniemiałem. Psychodeliczne brzmienia pełne efektów potrafią wypełnić każdy zakątek głowy. Nawet słaby głos Rory’ego sprawiał wrażenie idealnie wkomponowanego w całość. Chociaż nie jestem pewien czy dałby radę zaśpiewać coś bardziej wymagającego to jego ciekawa barwa perfekcyjnie pasuje do psychodelicznego i swobodnego brzmienia. Zespół było widać że dobrze się bawi i wspólna gra jest dla nich czystą przyjemnością. Dla widowni, dobry kontakt z frontmanem był miłym dodatkiem do niezwykłego i świetnego koncertu.

Red. Bernard Przybył
Czwartkowa Aktywacja / Tygodnik Muzyczny

Autor: Piotr Kierzek

Po przyjściu do Cafe Kulturalna pierwsze, co zwróciło moją uwagę, a właściwie jej właśnie nie zwróciło, to fakt, jak świetnie zespół zintegrował się w przestrzeń i tłum w klubie. Siedząc przy stole tuż przy scenie, trudno było odróżnić mi Rory’ego i jego zespół od widowni, która powoli spływała. Dopiero, gdy zaczęli wchodzić na scenę oraz chwytać instrumenty przekonałem się, że to muzycy, których zaraz będziemy mieli okazję słuchać.

Koncert zaczął się lekkim opóźnieniem, ale dzięki wyluzowanej atmosferze, nie stanowiło to problemu. Nieśmiałym (szczególnie jak na muzyka współpracującego z gwiazdami muzyki indie) głosem Rory McCarthy przywitał się i rozpoczął wraz z zespołem muzyczny występ. Na to, jaką muzykę będzie można usłyszeć w Kulturalnej tego wieczoru byłem zgrubsza przygotowany; twórczość Infinite Bisous, opublikowana do tej pory w internecie, brzmiała jak połączenie ciepłych syntezatorów, stylistyki lo-fi z melodyjną i eksperymentalną nutką, a nad wszystkim czuwał miękki i delikatny głos Rory’ego. Nie są to określenia brzmienia, które łatwo jest przenieść na występ live. Jakież wobec tego było moje zdziwienie, gdy się okazało, że zespół zbliżał się brzmieniem do tego świetnego brzmienia znanego nam z nagrań studyjnych. Jedynie perkusja brzmiała potężniej, ale to wiadoma sprawa, gdy gra się w dość małej, intymnej przestrzeni. Zaskoczenia na tym się jednak nie skończyły – brzmienie Infinite Bisous w mojej głowie było bardzo ściśle połączone z analogowymi syntezatorami, jednak w zdecydowanej większości piosenek to gitara elektryczna stanowiła trzon brzmienia grupy. Oczywiście przetworzona przez, jak sobie wyobrażam, tony efektów, ale mimo wszystko – z taką wyobraźnią i talentem do transformacji brzmienia instrumentu sztampowego się na co dzień nie spotyka raczej. Gdybym miał jednym krótkim określeniem skwitować to, co dane mi było usłyszeć tego wieczoru, to byłoby to „vaporwave na żywo”. Ta muzyka emanowała retro-stylistyką i pięknie „bujała” słuchaczy w rytm powolnego bicia perkusji oraz syntezatorowo-gitarowych warstw dźwiękowych.

Autor: Piotr Kierzek

I tak właśnie przez następne kilkadziesiąt minut Infinite Bisous grało. Poza piosenkami, które już poznałem wcześniej (Life + You, które przerodziło się w krótki jam, czy fenomenalne na zakończenie Teen Sex, w wersjach normalnej oraz (!) „rock’n’rollowej”), były kawałki mi nieznane, ale które zrobiły na mnie równie duże wrażenie. Grupa raczej nie zaskakiwała eksperymentami ze znaczną nagłą zmianą brzmienia czy granego gatunku, zostając w jednej przyjemnej estetyce, czy może bardziej ESTETYCE. Chociaż w jednym momencie chwycona została pusta butelka po pewnym trunku i została użyta w roli slide’a co było równie zabawne, jak i ciekawe dźwiękowo. Swoją drogą, jeśli choćby część z tych utworów będzie można usłyszeć już wkrótce na debiutanckiej solowej płycie McCarthy’ego pod szyldem Infinite Bisous, to szykuje się zdecydowanie jedna z premier roku 2017.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o konferansjerce wokalisty, bo ta była cudowna. Muzyk sprawiał wrażenie bardzo nieśmiałego i zakłopotanego swoją obecnością na scenie, jednak nie był specjalnie lakoniczny. Androgeniczny frontman komentował utwory, opowiedział (króciutko) o swoich wrażeniach z miasta Warszawy, a także bardzo podziękował muzykom towarzyszącym za europejską trasę koncertową. Po tym koncercie mam nadzieję, że nie ostatnią.

Red. Piotr Kierzek
Piątkowa Aktywacja / Tygodnik Muzyczny

Autor: Jakub Piątkowski

Tagi: , , , ,