Artykuł

Przychodząc do Stodoły na środowy koncert Esperanzy Spalding spodziewałem się wiele dobrego. Nowa płyta tworzyła całkowicie nowy obraz jazzmanki. Z delikatnego często soulu, artystka stworzyła całkowicie nowy obraz siebie, w dużo ostrzejszym, alternatywnym wydaniu. Tym bardziej liczyłem na niezapomniane przeżycie.

Pojawiłem się na miejscu parę minut przed rozpoczęciem i od razu zaciekawił mnie fakt, że nie wchodziliśmy do głównej części Stodoły, czyli tam gdzie znajduję się główna scena, tylko obsługa odsyłała nas na piętro lokalu, na scenę kameralną. Przed nami scena, wszędzie krzesła – czyli widowisko siedzące, moje ulubione przedsięwzięcie. Zero tańca, zero ruchu, tylko siedzimy i klaszczemy na koniec utworu. No dobra.

Rozsiadłem się (nie)wygodnie na moim miejscu i 4 minuty później zaczął się występ, zaczęło się spokojnie, ale ciekawie. Już na początku można było zobaczyć że to nie będzie zwykły koncert, ale cały ułożony performance z odpowiednio dobraną aranżacją ruchową i sceniczną. Już jako pierwszy utwór usłyszeliśmy, najbardziej promowany singiel artystki Good Lava. Od początku dużo energii, dużo werwy, czyli coś co nie kojarzy się z artystami jazzowymi. Widziałem wiele zdziwionych twarzy, chyba nie takiej Esperanzy się spodziewano, dla mnie były to same pozytywy.

Momentami koncert zwalniał momentami przyśpieszał, jak akcja w teatrze. Zmiany na scenie wprowadzały to raz sielankowy klimat, to raz ostry, pozytywnie niebezpieczny. Niczym aktorzy na scenie, postacie chóru oraz postać Esperanzy przemieszczały się dając nam różne znaki, różne pozycję, różne tańce, wszystko to by dać jak najwięcej obrazu dla każdego utworu, tworząc pewnego rodzaju musical na scenie. Otrzymaliśmy dzięki temu, niezapomniane wrażenie słuchowe i wzrokowe, które muszę przyznać, pochłonęło mnie w całości.

Również mimo atmosfery koncertu siedzącego, Esperanza nie pozwoliła siedzieć przez cały czas swoim odbiorcom, nakazując w pewnym momencie wstać publiczności. Aż tak się jednak zasiedzieliśmy, że nie zwróciliśmy uwagi w pierwszym momencie na ten gest wznoszonych rąk podczas trwania utworu. Ta chwila spowodowała, że chociaż przez moment poczułem się jak na konkretnym koncercie. Ludzie dookoła ruszali się w rytm muzyki, starali się nawiązać kontakt z wokalistką. Po utworze jednak wszystko wróciło do poprzedniej sytuacji, a my znów zadumaliśmy się nad aktorstwem i scenicznością występu i w sposób pasywny radowaliśmy się koncertem.

Uważam jednak, że nie był to czas który poświęciłem nadaremnie. Dane mi było zobaczyć basistkę, wokalistkę, która dodatkowo koncert muzyczny połączyła z występem teatralnym, a całość przedstawiała się niczym żywa wystawa której nie powstydziły się lokalne galerie.
Mimo niemrawości publiczności, Esperanza pokazała się ze świetnej strony, a także udowodniła nam, że jej alter ego Emily potrafi wprowadzić pewne rewolucje do muzyki i jej odbioru.

Red. Aleksander Orłowski
We Funk

Tagi: , , ,