Artykuł

DSC_0211

27. kwietnia na scenie klubu Pardon, To Tu pojawił się amerykański duet, w składzie Rob Mazurek na kornecie, pianinie i elektronice oraz Chad Taylor na perkusji, występujący razem jako Chicago Underground Duo. Dali koncert bardzo ciekawy o niesamowitej rozpiętości stylistycznej.


Chicago od początku stanowiło bardzo ważne miejsce na jazzowej mapie świata. To tam powstał ruch AACM (Association for the Advancement od Creative Musicians), będący niepowtarzalną mieszanką tradycji afrykańskich, free jazzu i inspiracji futuryzmem. Obecnie o sile tego miejsce świadczą choćby Ken Vandermark, Matana Roberts, czy właśnie Rob Mazurek. O ile pierwsi, odpowiedzialni są raczej za awangardę i abstrakcję, Mazurek bywa łatwiej przyswajalny i jazz łączy z rockiem, folkiem, elektroniką, a nawet totalną popkulturą.
Koncert rozpoczął się dość nieciekawie od improwizacji na perkusji i kornecie z tłumikiem. Owszem, zadęcie było dość potężne, a Taylor bardzo szybki, jednak nie było to szczególnie oryginalne i bogate. Ciekawiej zrobiło się, gdy Mazurek zasiadł do lekko sfatygowanego pianina i grał proste, wręcz minimalistyczne frazy, które zapętlał i wydłużał przy użyciu pedałów. Z początkowej kakofonii wyłaniała się coraz bardziej wyraźna melodia i okazało się, że jest „Sound of Silence” Simona i Garfunkela! (pisałem wyżej, że nie gardzi popkulturą). Gdy wstał zza pianina, zapętlił na syntezatorze elektroniczny rytm, pododawał różne trzaski i pogłosy i zaczął bardzo żywiołową improwizację na kornecie, często używając tłumików. W tym czasie perkusista grał niesamowicie szybki i transowy rytm, stapiając się z elektroniką. Może dawno nie słuchałem krautrocka, ale zdawało mi się, że Taylor jest w swojej grze bardzo sprawny i świeży, przy czym nie zastygał w jednym motywie perkusji, ale cały czas coś dodawał, urozmaicał i przełamywał sekwencje uderzeń.

Przed Mazurkiem stały dwa mikrofony, jeden normalny, drugi natomiast podpięty był do odpowiednich przetworników. Właśnie dzięki różnego rodzaju modulacjom brzmienia i pogłosom dało się wyczuć inspiracje genialnym Billem Dixonem, do którego Mazurek często się odnosi i traktuje prawie jak muzycznego mentora, a przed jego śmiercią w 2009 roku, zdążyli nawet wydać wspólnie płytę.

Formuła transowej, pędzącej perkusji, elektronicznego bitu z różnymi pogłosami i szumami oraz ostro improwizującego kornetu zajęła większość koncertu, ale trzeba przyznać, że muzycy opanowali to do perfekcji i świetnie rozkładali napięcie. Często było widać, że ich porozumienie to nie improwizacja, tylko dobrze dopracowane sztuczki, ale dawałem się nabrać z powodu autentycznej radochy ze słuchania i obserwowania, jak świetnie są ze sobą zgrani. Było w tym też olbrzymie bogactwo muzycznych stylów od minimalizmu przez taneczną elektronikę i rock, po free jazz i glitch. Mazurek okazał się też bardzo sprawny technicznie i po guzikach przebiegał wyjątkowo żywiołowo i różnorodnie.
Wychodząc z klubu, towarzyszyło mi chyba najlepsze możliwe po koncercie uczucie, czyli niedosyt, bo miałem wrażenie, że panowie nie użyli nawet połowy swoich zagrywek, tak często coś zmieniali, czymś nas zaskakując. Był to zdecydowanie dobry i urozmaicony koncert, a muzycy pokazali, że znaleźli swój własny muzyczny język i dobrze im się razem gra.

Red. Jakub Tyman (Audycja Improwizowana)

Tagi: , , , , ,