Artykuł

Henry David's Gun - Over the fence… and far away_radioaktywne

Z zapartym tchem śledzę wszelkie związane z muzyką poczynania Wawrzyńca Dąbrowskiego. Nie mogę pochwalić się tym, że towarzyszę mu w tej drodze od samego początku, bo udało mi się przegapić projekty pokroju Bramafan, ale kiedy tylko obrał kierunek przestrzennego, korzennego grania przykleiłem się do jego twórczości, a ona równie mocno przylgnęła do mnie. Dlatego cieszę się na wieść o każdej nowości sygnowanej jego nazwiskiem. 25 stycznia premierę będzie miał album Over the fence… and far away czyli, długogrający debiut najnowszego projektu Wawrzyńca – Henry David’s Gun.

Choć Henry David’s Gun kojarzy się przede wszystkim z Wawrzyńcem Dąbrowskim, projekt zaczynał swoją działalność jako solowa inicjatywa, to należy podkreślić, że tworzy go trzech równorzędnych muzyków. Oprócz odpowiadającego za wokal i gitarę Wawrzyńca w dokonianiach zespołu możemy usłyszeć także operującego (przede wszystkim) kontrabasem Michała Sepioło i bębniącego Macieja Rozwadowskiego. Do tej pory Panowie dali się poznać nie tylko z umiejętności muzycznych, ale również z dbałości o szczegóły. Zmysł estetyczny pokazali już przy okazji przepięknie wydanego w listopadzie 2014 roku minialbumu By the riverside, który zapakowany został w kartonowe pudełeczko owinięte sznurkiem pocztowym i zaklejone pieczęcią lakową z logo projektu. Nie inaczej jest za sprawą Over the fence… and far away, gdzie oprócz świetnej muzyki otrzymujemy również niesamowitą oprawę graficzną wzbogaconą o fotografie oddające nastrój zawartych na krążku brzmień, a także dostęp do bardzo ważnych w odbiorze tekstów.

Z wielką przyjemnością rozpłynąłbym się nad tym wydawnictwem, ale jest jedna rzecz, która skutecznie mi to uniemożliwia. Over the fence… and far away to płyta, która zamyka pewien okres w działalności projektu: od solowego zamysłu i pierwszych kroków po budowę zespołu, stworzenie sporej ilości materiału i dużą ilość koncertów. Nic więc dziwnego, że na płycie można znaleźć nawiązania wgryzające się w linię czasu rozpostartą pomiędzy wspomnianymi początkami, a momentem na przeddzień premiery długogrającego debiutu. Nie mogę jednak puścić mimo uszu faktu, że na dwanaście umieszczonych na krążku utworów aż pięć pojawiło się na wcześniejszych wydawnictwach tj. EP By the riverside i w postaci dwóch singli wydanych na przełomie 2013 i 2014 roku. Takie rozwiązanie z pewnością ucieszy osoby, które dzięki tej płycie dopiero poznają Henry David’s Gun, bo nie stracą tych naprawdę świetnych kompozycji, jednak osoba towarzysząca poczynaniom zespołu od samego początku, może poczuć niedosyt nowości.

Na krążku znajdziemy zatem m.in. wyśmienity tekst o niespełnionych marzeniach w utworze Billy without teeth, urokliwy duet wokalny z Magdaleną Nowakowską (Stardust Memories) – Hurricane’s eye, a także Melting ice odkrywający nowe możliwości głosowego Wawrzyńca. To wszystko już znamy z poprzednich wydawnictw, ale na szczęście muzykom Henry David’s Gun udało się odkryć nowe obszary do muzycznej eksploracji. Wawrzyniec Dąbrowski w dalszym ciągu potrafi mnie zaskoczyć wokalnie, wydobywając z siebie nieoczekiwane dźwięki. Do tego wciąż udaje mu się tworzyć teksty, które bezbłędnie do mnie trafiają, a przy okazji odważył się chwycić za ukulele. Z kolei Michał Sepioło jest człowiekiem od zadań specjalnych, który nie tylko wyśmienicie radzi sobie z kontrabasem (elektrycznym), banjo i pianinem, ale przez masę subtelności, która wnosi do kompozycji, stanowi o tym, co projekt wyróżnia muzycznie. Nie sposób też nie pochwalić Macieja Rozwadowskiego, który odpowiada za niekonwencjonalną grę na różnego rodzaju perkusjonaliach i przeszkadzajkach. Choć może wydawać się, że trzech muzyków o niezwykle nieklasycznym dla muzyki okołorockowej układzie instrumentów nie będzie w stanie oczarować odbiorcy, to nic bardziej mylnego. Mimo ograniczonej ilości rąk muzyków, które za te instrumenty mogą sięgnąć, w twórczości Henry David’s Gun dzieje się naprawdę dużo, a wciąż odnoszę wrażenie, że pozostawiono tu pewien zapas na kolejne wydawnictwa. Za sprawą Over the fence… and far away ponownie udało mi się zanurzyć w morzu nieoczywistych muzycznych subtelności, wygenerowanym przez muzyków świadomych swoich ograniczeń i możliwości. W związku z tym zasłuchuję się delikatnym Evening glow orange (ze świetnym tekstem i urokliwą zmianę tempa), rozmarzonym i cudownie zagrzechotanym Mandala song (ta sekcja rytmiczna!), czy dynamicznym i optymistycznym Minus Seven.

Over the fence… and far away to unikatowa opowieść człowieka zapatrzonego w dal, Włóczykija siedzącego na werandzie, spoglądającego na jesień w pełni, mającego świadomość nieuchronnego przybycia zimy, już tęskniącego za pierwszymi promieniami wiosennego słońca i kolejnymi wyprawami w nieznane. To również historia, po którą dobrze się sięga i jeszcze lepiej do niej wraca, pełna muzycznych subtelności, precyzji w operowaniu emocjami i tekstami, w które nie tylko podsuwają odpowiedzi, ale i rodzą kolejne pytania. Niemal przy okazji, jakby niezamierzenie i od niechcenia, to także płyta, która ma w sobie wszystko, czego potrzebuje, żeby odnieść duży – również medialny – sukces.

red. Kamil Dróżdż (I’m stuck between, Ja Ci zagram)

Tagi: , , ,