Artykuł

legia-1

21 lat musiała czekać Legia na grę w najbardziej elitarnych rozgrywkach w klubowej piłce nożnej.  Mecz z Borussią Dortmund miał być piłkarskim świętem drużyny z Warszawy i spełnieniem marzeń zawodników oraz kibiców. Jednak życie brutalnie zweryfikowało plany mistrza Polski. Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:6, a i tak wyglądało to na dosyć niski wymiar kary w stosunku do tego co widzieliśmy na boisku. Ale zacznijmy od początku.

Trener warszawskiej Legii na mecz wystawił, delikatnie mówiąc, eksperymentalny skład. Linia obrony złożona z dwóch środkowych obrońców którzy grali ze sobą pierwszy raz (Dąbrowski-Czerwiński), Bereszyńskiego na prawej stronie i Guilherme na lewej nie wyglądała zbyt solidnie. Szczególnie wątpliwości można było mieć co do Brazylijczyka, który nominalnie jest bocznym, lub środkowym pomocnikiem, a o jego grze na lewej obronie krążą legendy. Podobno kiedyś tam zagrał. Podobno. Na mecz z rywalem, który zmusił drużynę do obrony przez większość spotkania, to niezbyt przekonujące. Przed obrońcami mieliśmy Jodłowca, Moulina i Vadisa-Ofoe, czyli bez większych niespodzianek. Jedenastkę zawodników uzupełniali skrzydłowi – Langil i Kazaiszwili, nowy nabytek Legii, który debiutował w pierwszym składzie. Na szpicy zagrał Prijovic. Nikolic, najlepszy strzelec drużyny, zaczynał na ławce. Podsumowując: to musiało się nie udać. Pierwszy skład złożony trochę z przymusu, ponieważ nie mogli zagrać kontuzjowani Pazdan i Kucharczyk, oraz zawieszony za kartkę Hlousek, ale mimo wszystko wyglądało to dosyć kiepsko.

Godzina 20:45. Pierwszy gwizdek, pełny stadion, świetna oprawa i jeszcze dobre nastroje na trybunach. (O incydentach z udziałem pseudokibiców dowiedziałem się dopiero po zakończeniu meczu, osobiście ich nie widziałem, więc nie będę ich komentować. Mam jedynie nadzieję, że UEFA się zlituje nad klubem i nie zamknie stadionu na następne mecze Ligi Mistrzów, a klub ukarze konkretne osoby. Chociaż to chyba pozostaje w sferze pobożnych życzeń. Jeśli chodzi o zachowanie reszty kibiców na trybunach to jak zawsze była moc.) Niestety jeśli chodzi o poziom, to piłkarze nie dostosowali się do kibiców. 6 minuta i ten o którego mogliśmy mieć obawy, czyi Guilherme nie dopilnował Mario Goetze i Borussia wychodzi na prowadzenie. 17 minuta i Legia przechodzi do historii Ligi Mistrzów. Niestety nie jest to tym razem powód do dumy, ponieważ jest już 0:3 i są to trzy najszybciej stracone bramki na swoim stadionie w tych rozgrywkach. Słabo. Ale gra wygląda jeszcze gorzej. Beznadziejna organizacja defensywy, a w ataku wygląda to niewiele lepiej. Przez pierwsze minuty prawie nie wychodzimy z akcjami ofensywnymi, a jeśli już to są to pojedyncze piłki grane do Langila, który przegrywał zdecydowaną większość pojedynków z obrońcami niemieckiej drużyny. Po szybkich trzech ciosach mogło się wydawać, że gra mistrza Polski była trochę lepsza, ale wynikało to raczej ze spowolnienia tempa przez Borussię. Do przerwy wice mistrz Niemiec strzelił trzy bramki i w drugich 45 minutach powtórzył ten wynik. W ostatnich sekundach na trybunie ktoś za mną mówił: „Panie Turek kończ pan ten mecz” i rzeczywiście sędzia (akurat w tym przypadku Rosjanin) nie przedłużył spotkania o ani jedną minutę. Chociaż on okazał litość Legii i skrócił agonię. Wynik 0:6 wygląda dramatycznie źle. Jednak mnie bardziej razi obecna gra warszawskiej drużyny. Bez pomysłu, bez organizacji, bez lidera który weźmie na siebie ciężar rozgrywania akcji. I co najgorsze – bez zaangażowania. Legia przegrała mecz na stojąco. W oczy rzucała się jedynie odrobinę lepsza gra Jodłowca, który przynajmniej się starał i Langila, który przynajmniej biegał, chociaż i to na niewiele się zdawało. Dąbrowski, który trafiał do Warszawy jako jeden z lepszych obrońców ligi zagrał tak zły mecz, że nawet nie umiem tego opisać. Dramat. Do kiepskiej gry Vadisa-Ofoe się już przyzwyczaiłem w ciągu kilku ostatnich meczów. Reszta drużyny bezbarwna na tle BVB, słabsza w każdym aspekcie piłkarskiego rzemiosła.

Było minęło. I tak uważam, że awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów to duża sprawa i należy się z tego cieszyć, pomimo takich meczów jak ten z Borussią. Należy jednak wyciągnąć wnioski, a z tym obecny trener może mieć chyba problemy. Gra Legii od dłuższego czasu wygląda źle i nie zanosi się na zmiany. Hasi ma i tak komfortowe warunki pracy. Dostał takich piłkarzy jakich chciał i ma, jak na polskie warunki, naprawdę mocny zespół. Wiadomo, że  dalej nie jest to skład mogący się równać z najlepszymi europejskimi markami, z którymi przyjdzie się zmierzyć, ale również w ekstraklasie wygląda to bardzo blado. Zresztą spójrzmy na bilans meczów pod wodzą trenera Hasiego we wszystkich rozrywkach. 17 spotkań: 5 zwycięstw, 6 remisów, 6 porażek. Zwycięstwa odnosił m. in. z takimi potęgami jak: Zrinijski Mostar, AS Trencin, czy Dundalk FC. Do tego dwa ligowe zwycięstwa: z beniaminkiem Wisłą Płock i Ruchem Chorzów. I niestety nawet te mecze nie wyglądały przekonująco. Władze klubu jeszcze mają cierpliwość to albańskiego trenera, kibicom już się ona dawno skończyła. Coś w warszawskiej Legii się musi zmienić, albo gra na lepsze albo trener. Oby te zmiany nie nastąpiły za późno.

Red.Marcin Lisiecki
Aktywacja Wtorek

Tagi: , , , , , ,